Gierki orkiestry na gemeboyach
Michał Stangret 03-11-2004

Trzy lata temu szóstka przyjaciół z Kłodzka zaczęła grać muzykę na gameboyach i podbiła Zachód. W Polsce wciąż prawie nikt ich nie zna

Z Jarkiem Kujdą, liderem Gameboyzz Orchestra, rozmawia Michał Stangret

Jak wyglądają Wasze występy? Stoicie na scenie z gameboyami w rękach i gracie w "Tertrisa"?

- Na koncertach nie gramy w gry. Gameboye to normalne ośmiobitowe komputery. Instalujemy na nich oprogramowanie muzyczne, podłączamy do mikserów i kolumn. Wystukiwane dźwięki brzmią plastikowo i oldskulowo. Jak ze starego komputera Atari czy Commodore.

Rozpisują się o Was zagraniczne gazety. Nawet francuski "Liberation". Czemu w Polsce wciąż jesteście niezauważani?

- Tak już jest w tym kraju ze wszystkim, co jest choć trochę innowacyjne. Najpierw muszą cię docenić na Zachodzie, żeby potem do twoich pomysłów przekonali się rodacy. A w Niemczech, Austrii, Francji mieliśmy pełne sale. Zresztą w Rosji też.

Co jest takiego wyjątkowego w muzyce z gameboyów?

- Nostalgia i tęsknota.

Do czego?

- Do dźwięków z komputerów, na których wszyscy graliśmy w dzieciństwie. Ten sprzęt przeminął, zastąpił go nowocześniejszy. Pozostały tylko wspomnienia, które my przywołujemy. Chcemy przypomnieć naszym rówieśnikom ich szczenięce lata.

Czy da się z tej muzyki żyć?

- W Polsce nie. Tu długo jeszcze pozostanie niszowa. Jeśli chodzi o gusta muzyczne, jesteśmy daleko za murzynami.